Opowiadania

Lodzik, a właściwie łowienie z niego

Na początku roku 1998 namówiłem kolegę o przezwisku „pleban” abyśmy wybrali się łowienie z lodu do Zajezierza na klatki. Wyjechaliśmy dosyć późno z Radomia, bo po 8-ej rano środkiem szynowym PKP. Po dotarciu na stację końcową dla nas, wyruszyliśmy w drogę do Wisły. Nocą popadał śnieg, więc od wału niszczyłem piękno świeżo spadłego śniegu. Na klatce 4-ej od mostu kolejowego stwierdziłem, że można spokojnie chodzić po lodziku o grubości minimalnej 30 cm (nax. ok. 50 cm) i zaczęliśmy na zmianę kręcić otwory zwane przeręblami. W ciągu minimum 4 godzin kręcenia się po lodzie i w nim świdrem złowiłem 1-ą płoteczkę o długości 12 cm, a koledze mało cosik nie wyrwało wędeczki z ręki. Gdy już skończyliśmy „lodowanie” to schodząc z łowiska naliczyłem 62 dziury wywiercone w lodzie, podejrzewam, że było więcej, ale co tam – wypoczynek był nieziemski. W pociągu kolega zanim dojechaliśmy do stacji w Sieciechowie zasnął, więc musiałem mu przypomnieć budząc go, że już zbliżamy się do Radomia. Świeże powietrze, ruch i słońce spowodowało, że kolega padł jak pies Pluto gdy wracaliśmy do domu. Przyznam, że po tym dniu ze 2-3 dni ramiona pobolewały mnie troszkę od niszczenia pokrywy lodowej świdrem produkcji sowieckiej.
Autor: Jan Boruch

Wczesna wiosna

To było tak dawno, że najstarsi ludzie nie pamiętają. Umówiłem się z kolegą na łowienie na Radomce koło Jedlińska. Łowisko znajduje się od strony Radomia po lewej stronie skręcając przed stawami i minięciu śluzy zwanej młynem. Dotarłem na miejsce ok. 7-ej rano, Pogoda była prześliczna, delikatny wiaterek, ciepełko (ok. 8 stopni) jak na przedwiośnie. Po dokonaniu czynności przedłowieniowych zacząłem uczyć spławior pływać, a właściwie nurkować, ale to się nie udawało. Po jakimś czasie usłyszałem jak ktoś klaszcze w dłonie. Wstałem, rozejrzałem się aby zobaczyć kto, ale nikogo nie było. Po pewnym czasie znów usłyszałem ponowne klaskanie, więc byłem pewien, że to kolega stroi sobie ze mnie żarty. Zlazłem ze stanowiska żeby znaleźć ale nie było go. Siadłem i zacząłem myśleć i doszedłem do wniosku, że jakby jechał to usłyszałbym bym warkot silnika maluszka, którym jeździł. Więc znów gdy usłyszałem klaskanie zacząłem się bardziej uważniej rozglądać się i zobaczyłem jak kaczka łyska robi sobie gniazdo. Skończyło się dla mnie wędkowanie a zaczęła się obserwacja pracy kaczuchy. Wyglądało to tak: łyska w dziobie „przynosiła” po wodzie resztki roślinności wyciąganej z wody, w miejscu gdzie zaplanowała sobie wysiadywanie jajek kładła tą „roślinność” i zaczęła uklepywać łapką.  To właśnie słyszałem biorąc za klaskanie kolegi, który nie dojechał. Gdy to koledze następnego dnia opowiadałem, to śmiał się do łez.
Autor: Jan Boruch

Opowiadanie o zezwoleniach

To było w roku ubiegłym. W tym roku pojawiły się zezwolenia na wędkowanie z hologramem. Maj się rozpoczął, braciasz zezwolił mi/mnie na posiedzenie z wędka na łódce za pomoc w jej złożeniu i zwodowaniu (łódka składa się z trzech części). Dzionek prześliczny słoneczko grzało, więc na łódeczce się dobrze siedziało. Z brzegu tylko podpity gościo tłumaczył nam, że nie wolno nam łowić z łodzi do końca czerwca. Pomyliły mu się zbiorniki zaporowe. Około południa gdy byliśmy przytuleni, właściwie zakotwiczeni przy trzcinach od strony lasu zza trzcin usłyszeliśmy następujące słowa/pytanie:
- Panowie są zezwolenia?
Ja natychmiast odpowiedziałem:
- Nie ze Zwolenia, ale z Radomia!!
Po chwili usłyszałem znajomy dla ucha głos pytającego:
- Jasiu kuźwa to ty?
Po potwierdzeniu śmiech kolegi był jak echo naszego śmiechu. Gdy to zdarzenie opowiadałem innym gliździarzom to na początku była konsternacja, a po zaskoczeniu czy jak młodzież powiada zajarzeniu rozlegał się śmiech. A teraz wyjaśnienie: Zwoleń i Radom znajdują się w okręgu pzw radomskim niedaleko siebie (ok. 30 km).
Autor: Jan Boruch